W niedzielę 3 lipca 1949 roku na obrazie Matki Boskiej w lubelskiej katedrze pojawiły się krwawe łzy. Na wieść o tym, do kościoła ściągały dziesiątki tysięcy wiernych. Po kilkunastu dniach pielgrzymów spacyfikowała bezpieka. Partia szykowała miasto do obchodów piątej rocznicy uchwalenia manifestu PKWN. Manifestacje religijne były niepożądane także dlatego, że prymasem Polski został niedawno Stefan Wyszyński, biskup lubelski.

Uroczystości 22 lipca miały przyćmić to wydarzenie. I udowodnić, że lublinianie są wierni Polsce Ludowej. Miasto stało się strefą zamkniętą. Zawieszono komunikację z innymi ośrodkami. Na rogatkach stały patrole milicji. Pod katedrą zaroiło się od tajniaków. Prawdopodobnie to oni rozpuścili pogłoskę, że remontowana świątynia się wali. Wybuchła panika, w wyniku której tłum stratował młodą kobietę. Władze wykorzystały to jako pretekst do brutalnej rozprawy z pielgrzymami i duchownymi pełniącymi posługę w kościele. Kilkaset osób zostało pobitych. A drugie tyle trafiło za kraty.

Ciemna łza wielkości jagódki

Krwawe łzy spostrzegła siostra Barbara. – Trzeciego lipca pomiędzy pierwszą a drugą uklękłam przed ołtarzem Matki Boskiej i zobaczyłam na obrazie czerwoną kroplę wielkości jagódki. Poszłam do zakrystiana i powiedziałam: „Panie Józefie, niech pan pójdzie i zobaczy, ludzie coś szepczą przed obrazem Matki Boskiej”. Przyszedł, zobaczył i pobiegł do zakrystii. Ktoś zaintonował śpiew, rozpoczął się płacz – wspominała zakonnica.

Dwie godziny później zakrystianin poinformował o cudzie księdza Tadeusza Malca. Duchowny zastał w świątyni tłum wpatrzony w obraz.

– Spojrzałem i zauważyłem posuwające się z prawego oka czarne krople, spływające po policzku ku bliznom. Uniesienie ludzi, jęk, płacz były tak potężne, że i ja również rzuciłem się na kolana i razem z ludźmi dałem się unieść wielkiemu wzruszeniu aż do łez… Mnie osobiście się wydawało, że obraz był ożywiony, twarz uśmiechnięta i jakaś jasność biła. Krople rozlały się po policzku. Ludzie płakali, krzyczeli na głos. – powiedział.

– Początkowo twarz była spokojna i jak zawsze piękna. Po chwili usta zaczęły drgać i wyginać się w podkówkę, jak u małego dziecka zaczynającego płakać. Jednocześnie w kąciku lewego oka ukazała się biała kulka, wyglądająca jak mała, biała perła. Na czole, policzkach i części nosa ukazały się krwawe plamy. Usta zaczęły się wykrzywiać coraz bardziej, a cała twarz przybrała tak bolesny wyraz, że ja nie wiedziałam, co się ze mną dzieje i czułam jedno, że muszę krzyczeć, bo inaczej serce mi pęknie – dodała jedna z wiernych.

To nie była krew

Wieść o łzawiącym obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej lotem błyskawicy rozeszła się po mieście. Wierni pozostali na placu przed katedrą. Przez całą noc modlili się i śpiewali pieśni. W tym samym czasie pracowała powołana przez biskupa lubelskiego Piotra Kałwę świecko-kościelna komisja.

Konserwator zabytków, który był członkiem gremium, opowiadał potem, że obraz sprawiał wrażenie, jakby był zamglony. Tylko plama pod okiem Matki Boskiej była dobrze widoczna. – Wspiąłem się na drabinę jako pierwszy i z odległości 30-40 centymetrów mogłem wszystko obejrzeć. Plama była szeroka na około 3 centymetry i długa na 10 centymetrów, koloru bordowego, podobna do niezastygłej krwi lub do świeżej farby. To „coś” wyraźnie wystawało na milimetr ponad warstwę obrazu – mówił. Po oględzinach komisja uznała, że ciecz nie zawierała krwi ani łez i poinformowała o tym biskupa.

Madonna uzdrawia

Następnego dnia od rana ulicami Lublina ciągną grupy pielgrzymów i ciekawskich. Słychać okrzyki „Cud, cud!”. Powtarzane są wieści o uzdrowieniach. Ponoć niewidomy, który ukląkł przed obrazem, odzyskał wzrok. A sparaliżowany mężczyzna spojrzał na Madonnę i zaczął chodzić o własnych siłach. Uzdrowienia są odnotowywane w specjalnej księdze. Dokument nie dotrwał do naszych czasów – przepadł podczas rewizji przeprowadzonej przez bezpiekę.

Wiernych przybywa z każdą godziną. Duchowni formują gwardię papieską. Mężczyźni z opaskami w kolorach flagi Watykanu na rękach pilnują porządku w kolejce, która ciągnie się przez kilka kilometrów. Chodzi o to, żeby kontrolować tłum, którego napór mógłby spowodować katastrofę. W obstawionym rusztowaniami kościele trwają bowiem prace remontowe. Robotnicy naprawiają zniszczenia jeszcze z czasów wojny.

Kolejki nawróconych

Księża mają pełne ręce roboty. Do konfesjonałów ustawiają się tłumy. Wśród oczekujących są osoby, które nie spowiadały się od pięćdziesięciu lat. Wieści o cudzie rozchodzą się po kraju. Do Lublina ciągną wierni z całej Polski. Wtedy do akcji wkraczają władze. Milicja otacza miasto kordonem, a połączenia kolejowe i autobusowe z innymi ośrodkami zostają zawieszone.

Żeby nie drażnić władzy, biskup Kałwa wydaje oświadczenie, w którym przekonuje, że wydarzenia w katedrze nie zostały uznane przez hierarchię za cud i wzywa do zaprzestania pielgrzymek. Ludzie nie słuchają. Na placu katedralnym koczują tłumy. Przerażony wojewoda lubelski raportuje do Warszawy, że 10 i 11 lipca świątynię odwiedziło po 40 tysięcy osób dziennie. Media rozpętują nagonkę na kler i „cudaków”.

Zapracowani złodzieje

„Przez kilka dni katedra i plac przed katedrą przedstawiały obraz zgiełku, nieładu, zamieszania, brudu. Koczujący pod gołym niebem przybysze ze wsi prowadzili zawzięte, fanatyczne kłótnie, a nawet bójki. Nadużywając uczuć religijnych ludzi naiwnych i ciemnych, narażano ich na uciążliwą wędrówkę i obijanie się po mieście, na straty materialne wskutek kradzieży i oszustw, oderwano ich od pilnej pracy na wsi przy żniwach” – grzmiał 13 lipca „Sztandar Ludu”, oskarżając o wszystko „reakcyjny kler”.

Tego samego dnia w świątyni stratowana została kobieta. Władze urządzają pokaz siły. Grasujący w tłumie tajniacy zaznaczają kredą kandydatów zatrzymania. Za kratki trafiają inicjatorzy i kolporterzy ulotek dementujących doniesienia „Sztandaru Ludu”. „Wielkim kłamstwem jest to, że my katolicy apelujemy do władz, by położyły kres hańbiącemu Polskę widowisku w Lublinie i by ukarać winnych owego zjawiska w naszej katedrze. Dla nas to nie jest hańba” – piszą.

Duchowni z wyrokami

17 lipca władze organizują wielotysięczną masówkę, potępiając „cudaków”. Podczas wiecu dochodzi do starć z ludźmi opuszczającymi kościół. Milicja pacyfikuje wiernych i urządza uliczną łapankę. Kilkaset osób trafia do aresztu, a drugie tyle zostaje pobitych. Wśród zatrzymanych są duchowni. Kościół zostaje zamknięty – oficjalnie dlatego, że nie ma komu odprawiać mszy. Dwóch katedralnych księży zostaje oskarżonych o wywołanie zamieszek oraz spowodowanie śmierci stratowanej kobiety. Dostają pięcioletnie wyroki więzienia.

Inni mają więcej szczęścia. Zostają wypuszczeni po kilku lub kilkunastu miesiącach. Wydarzenia w lipcu 1949 roku były pierwszym otwartym starciem ludowej władzy z Kościołem katolickim.

Wkrótce prymas Wyszyński został internowany, religię wyrzucono ze szkół, kościelne majątki znacjonalizowano i rozpoczęły się prześladowania księży. Wojnę o dusze Polaków komuniści jednak przegrali. Nie udało się też zniszczyć kultu lubelskiego obrazu, który czczony jest do dziś jako wizerunek Matki Boskiej Płaczącej.

źródło: fakt.pl