Trwająca niemal dobę akcja ratownicza w kopalni Rudna w Polkowicach miała szczęśliwy finał. Udało się dostać do zaginionego na 700 metrach pod ziemią górnika. Mężczyzna przeżył wstrząs, przez cały czas trwania akcji był w kabinie maszyny operatorskiej. Jak podał dyrektor generalny kopalni Rudna Marek Świder, „górnik o własnych siłach wyszedł z maszyny”. Mężczyzna trafił do szpitala na obserwację.

49-letni górnik, który od siedmiu lat pracuje w kopalni, opowiedział dziennikarzom, jak czekał na ratunek. – Piłem dwa łyki wody na godzinę. Tak samo z jedzeniem, bo jeszcze miałem bułkę. Zjadłem ją sobie wieczorem i dzisiaj rano – relacjonował Polsat News. Dodał, że miał ze sobą zegarek, więc kontrolował czas.

Wspominając wstrząs mężczyzna powiedział, że przypominało to „wybuch granatu albo bomby”. – Chwilę później przez dobre 20 minut nic nie było widać. Sam kurz – wyjaśniał dziennikarzom. – Chciałem samemu wyjść, ale było tak zasypane, że nie szło przejść w ogóle – powiedział Polsat News.

Mężczyzna przyznał, że przez cały czas był pewien, że ratownicy w końcu go odszukają. – Włączyłem światła w maszynie i mrugałem, żeby wiedzieli, że jestem cały (…) Żeby żonie powiedzieli, że wszystko jest w porządku – dodał w rozmowie z dziennikarzami Polsat News.

– Nie miałem chwili zwątpienia. O godzinie 23 usłyszałem kopiąca maszynę, nie wiedziałem dokładnie gdzie, ale słyszałem, że kopie, to wiedziałem, że pewnie dokopują się do mnie – opowiadał w szpitalu.

Górnik przyznał, że myślał o żonie i kolegach, którzy z nim pracowali. – Myślałem o żonie. Pomyślałem, że będzie się „pieklić”. Tym bardziej, że mogłem iść na emeryturę, a nie poszedłem. Myślałem też o kolegach, bo wiedziałem, że ich też musiało zasypać – zaznaczył Polsat News.

Po zdarzeniu, które go spotkało przyznał, że mimo 29-letniego stażu w pracy pod ziemią, „chyba da sobie spokój z pracą na dole”. – Nie przeraża mnie myśl, że musiałbym niedługo znowu zjechać pod ziemię. Ale jak znam swoją żonę, to nic z tego nie będzie – dodał.

Do silnego wstrząsu, określanego jako „górnicza siódemka” doszło we wtorek przed godziną 14 na oddziałach G1 i G2 kopalni Rudna, na głębokości 770 metrów. W rejonie zagrożenia podczas wstrząsu było 32 górników. Z czternastu zaginionych po zdarzeniu, czternastu odnaleziono.

15 osób odniosło w wyniku wstrząsu obrażenia, z tego cztery przebywają w szpitalach w Głogowie, Nowej Soli i w Legnicy. Najciężej ranny jest 50-letni górnik, który z wielonarządowymi urazami trafił do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Legnicy.

źródło: fakt.pl