Tylko Mateuszek chciał mi towarzyszyć. Poznacie w nich historie zwykłych ludzi, których życie potoczyło się w sposób niezwykły

Od kiedy zaginął Mateusz, nie miałem dobrych świąt – mówi Andrzej Żukowski, tata pięciorga dzieci. Od 11 lat nie wie, czy jedno z nich żyje. Siedzimy w pokoju, w którym od razu rzucają się w oczy zdjęcia Mateusza. Jest jego szkolna legitymacja, pamiątka komunii. I dwie elektryczne świeczki, które nigdy nie gasną. Kiedyś lubili obchodzić święta. Po zaginięciu Mateusza wszystko się zmieniło.

W ramach naszej nowej kampanii „Prawda” przypominamy wybrane teksty Onetu, które wpłynęły na otaczającą nas rzeczywistość. W najbliższych miesiącach na stronie głównej Onet.pl będą prezentowane kolejne artykuły z serii #WybieramyPrawdę.

Ostatni raz 10-letniego wówczas syna pan Andrzej widział 26 maja 2007 roku w Ujazdowie, gdzie wtedy mieszkali całą rodziną. Rano poszli na ryby. – Tylko Mateuszek chciał mi towarzyszyć – wspomina. Po 14 byli już w domu na obiedzie, a później mieli wrócić nad rzekę. Ale Mateusz postanowił wyjść z kolegami ze szkoły.

– Przyszli po niego, jeden z nich coś szepnął mu na ucho, spytał, czy może iść pobawić się do parku. Pozwoliłem mu, ale prosiłem, żeby wrócił do 16. Powiedział „Dobrze, tato” i polecieli – opowiada Andrzej.

Po 16 Mateusza jeszcze nie było. „Pewnie nadal bawi się w parku” – pomyślał ojciec i wrócił na ryby. Po godzinie 21 podnieśli z żoną alarm.

– Koledzy mówili, że Mateusz został nad rzeką – opowiada. W poszukiwaniach uczestniczyła już policja. Przy brzegu znaleziono rzeczy chłopca. – Zauważyłem wystające z pokrzyw gumiaczki. W tym samym miejscu były też ubrania Mateuszka, zwinięte w rulon – mówi pan Andrzej. Tego dnia nie zapomni już nigdy.

Za najbardziej wiarygodną wersję przyjęto utonięcie. – Ale rzekę przeszukano 17 razy i nic. Do tego Mateuszek bał się wody. Nigdy nie miał takich pomysłów, żeby samemu iść nad rzekę. Był za to bardzo ufny – mówi ojciec chłopca.

Sprawy do dzisiaj nie udało się wyjaśnić. Pan Andrzej wytatuował sobie na ręce imię syna i datę jego zaginięcia. Jest w stałym kontakcie z ludźmi, którzy twierdzą, że chcą mu pomóc w odnalezieniu syna. Mateusza szukało kilkunastu jasnowidzów, wróżki, prywatni detektywi. Kiedy jestem u pana Andrzeja w mieszkaniu, pokazuje mi rozmowę z tarocistą, który uważa, że Mateusz żyje i jest w Krakowie. Pytam, czy nie boi się, że ktoś go oszukuje.

– Dla mnie to kolejny trop – mówi i przy okazji wspomina, że oszustów było wielu. Był ochroniarz z Holandii, który utrzymywał, że zatrzymał Mateusza z innymi dziećmi na lotnisku. Mówił, że syna odda, ale potrzebował 700 euro. Innym razem były sygnały, że Mateusz jest w Niemczech. Teraz pojawiają się nowe „tropy”. Bo i pojawiła się nagroda – 100 tysięcy euro za cenne informacje o Mateuszu. Pieniądze przekazał kolega pana Andrzeja z Niemiec.

Pytam, czy kiedykolwiek myślał, aby odpuścić i pogodzić się z tym, że syna nie zobaczy. Kręci przecząco głową.

Bo pan Andrzej żyje na swojej planecie, na której gdzieś już blisko jest prawda o tym, co stało się z Mateuszem. Na drugiej planecie, chociaż dzieli je tylko ściana w mieszkaniu, żyje jego żona. – Nie rozmawiamy – mówi krótko. Po zaginięciu chłopca żona wyjechała do Włoch. Miała zostać parę miesięcy, została parę lat. Rodzina się posypała. Stracili dom w Ujazdowie, musieli się przeprowadzić.

Teraz pan Andrzej opiekuje się 13-letnią córką, Martyną. Ale ojciec zawsze mówi o niej Martynka.

Pan Andrzej robi wszystko, aby dowiedzieć się prawdy o zaginięciu syna
Mają problemy finansowe. W tym roku najprawdopodobniej zabraknie im, aby urządzić święta. – Po zaginięciu Mateusza zachorowałem na cukrzycę. Odebrano mi rentę. Nie mamy za co żyć. Wcześniej nam się powodziło, oboje z żoną pracowaliśmy. Niczego nam nie brakowało – opowiada.

Rok temu pan Andrzej miał zawał. Kiedy wrócił ze szpitala do domu, przyśnił mu się Mateusz. – Byłem w pałacu, nieopodal parku, w którym się bawił. Rozbiłem ścianę i wtedy pojawił się syn. Powiedziałem, że już tak długo go szukam. Mateusz wyznał, że to jeden z kolegów zepchnął go z drzewa. Jeszcze żywego zabetonowali go w ścianie – opisuje.

– W tym śnie chciałem zadzwonić na policję. Ale syn powiedział: „Tato, nie dzwoń do mnie”. Wtedy wszystkie klawisze w telefonie posypały się na ziemię.

„Gdyby chciał się z nami spotkać, wyszłabym tak, jak stoję”
– Szkoda, że pani dzisiaj nie przyjedzie. Właśnie lepię pierogi – mówi pani Basia, kiedy umawiamy się na spotkanie. Przygotowuje się do świąt po raz pierwszy od czterech lat. Razem z mężem – Starym – jak na niego mówi, przez długi czas odrzucali zaproszenia od rodziny i znajomych. – Po prostu nie mogliśmy. Do nich wszystkich przyjeżdżały dzieci. To by za bardzo bolało.

Bo cztery lata temu Młody postanowił zniknąć z ich życia. To 38-letni teraz Tomek, ale dla rodziców wciąż jest ich synkiem, oczkiem w głowie. Jedynak. – Wszystko co chciał, miał podane na tacy. Jako małe dziecko był chorowity, to tym bardziej dmuchaliśmy i chuchaliśmy na niego. Sąsiadki się śmiały, że przysłowiowo uczepił się mojej spódnicy. Wszędzie chciał ze mną chodzić – opowiada mama Tomka.

– Przed zakupem domu, mieszkaliśmy w bloku na czwartym piętrze. Mówiliśmy na to bocianie gniazdo. I pewnego dnia Młody mówi: „Mamuś, wyjdźmy już z tego bocianiego gniazda”. A ten dom, to była okazja. Młody miał wtedy 19 lat. Razem robiliśmy remont, doprowadzaliśmy go do ładu. To wszystko było dla niego. Cieszył się – wspomina pani Basia.

Jednak bardziej ciągnęło go za granicę. – Chciał mieć swoje pieniądze. To był 2005 rok, był boom na wyjazdy. Koledzy wyjeżdżali i wracali z pełnymi kieszeniami. Pewnego dnia powiedział, że też pojedzie – mówi pan Władysław, tata Tomka.

Na początku odzywał się, dzwonił. Pracował przy wykopaliskach archeologicznych w Irlandii. I wtedy niespodziewanie kontakt urwał się na kilka miesięcy. Pomogli jego koledzy, podali adres. Rodzice długo się nie wahali – na miejsce poleciał pan Władysław. – Syn przytulił mnie na powitanie. Wykręcał się, że nie miał czasu. Byłem u niego tydzień – wspomina.

Potem znowu długa cisza. Tym razem przerwał ją Tomek. – Zadzwonił, powiedział, że ma dziewczynę. Przysłał nam nawet zdjęcia, na których z nią jest. Mówił, że ciężko im finansowo. Wzięliśmy więc pożyczkę i wysłaliśmy mu tysiąc euro – mówi pani Basia i pokazuje fotografie. Wyglądają na szczęśliwych. Ale związek nie przetrwał.

Ostatni raz pani Basia rozmawiała z synem w 2014 roku, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Od czasu wyjazdu ani razu ich nie odwiedził. Mama prosiła, żeby zrobił wyjątek i przyjechał na Wigilię. – Błagałam, żeby tym razem spędził ten czas z nami. Ale on nie chciał. Powiedział, że przyjedzie, jak zarobi – mówi pani Basia. Łamie jej się głos.

Bo później zaczął się koszmar. Tomek przestał się odzywać, jego komórka przestała odpowiadać. Rodzice dzwonili, gdzie się dało: do ambasady, na policję. Bezskutecznie. Później pani Basia nauczyła się obsługiwać media społecznościowe. Umieszczała komunikaty o synu. Pojawiały się informacje, ale one nie podnosiły rodziców na duchu.

Jakaś dziewczyna opowiadała, że widziała go we Włoszech. Mówiła, że jest bezdomny. Wysłała zdjęcie, ale to nie był Tomek. Ludzie pisali zrozpaczonym rodzicom, że ich syn pewnie zszedł na złą drogę, jest narkomanem, trafił do więzienia. To tylko potęgowało strach.

– Wciąż myśleliśmy, gdzie on jest. To była pierwsza myśl po przebudzeniu i ostatnia przed snem. Syn zgotował nam piekło. Najgorszemu wrogowi tego nie życzę. Bo to nie jest życie, to jest wegetacja – pani Basia nie kryje łez.

Pytam wprost: czy Tomek miał jakikolwiek powód, aby odciąć się od rodziców? – Właśnie o to chodzi, że nie. My wszystko robiliśmy dla niego. Ten dom był z myślą o nim. Bo nam na stare lata byłoby wygodniej w tym bloku – zapewnia mama. – To dobre dziecko. Ale bardzo wrażliwe. Może przeżył rozstanie z dziewczyną? – zastanawia się.

W tym roku, na miesiąc przed świętami, pojawiło się światełko w tunelu. Nowe informacje na temat Tomka przyniosła pani Natalia, która działa w grupie skupionej wokół fanpage’a „Zaginieni przed laty”. Przekonuje, że Tomek żyje i wciąż pracuje w tej samej firmie, tylko innej filii. Najprawdopodobniej jest w Londynie.

– Mówię pani Natalii, że jest moim aniołem zesłanym przed samymi świętami. To dla nas bardzo dużo, bo wcześniej nie wiedzieliśmy nic. Teraz i ja się uspokoiłam, i Stary też. Wiemy, że żyje. Wiemy, że sobie radzi i nie zszedł na manowce – opowiada.

To dlatego w tym roku ulepiła pierogi. To dlatego w kuchni gotuje się właśnie bożonarodzeniowy bigos. W całym domu są świąteczne ozdoby, które robi pani Basia. W salonie jest choinka. Jeszcze nieubrana.

– Nie mogę się jakoś za to zabrać. Czekamy na potwierdzenie informacji o Tomku przez policję. Gdybym wiedziała, że on tam jest i chce się z nami spotkać, wyszłabym tak, jak stoję z domu. W nosie bym miała święta, wszystko – mówi mama Tomka. Rodzice napisali do syna list, wyślą go na adres firmy, w której pracuje. Pani Basia nie może go przeczytać, bo emocje biorą górę.

Czytam. „Tak bardzo się cieszymy, że Cię odnaleźliśmy. Tyle lat tęskniliśmy za Tobą, nie było dnia, ani nocy, żebyśmy o Tobie nie myśleli. Tak chcielibyśmy Cię zobaczyć, przytulić, porozmawiać. Bardzo chcemy, żebyś nas odwiedził. Jeżeli nie możesz, to my przyjedziemy do Ciebie”.

***

Dzień po mojej wizycie pani Basia pisze do mnie wiadomość, że policja potwierdziła informacje, które udało się zdobyć pani Natalii. Teraz rodzice czekają, aż syn odpowie na ich list.

Pierwsze święta bez Arka
– Ludzie do mnie piszą: „Pani Kamilo, już tyle pani zrobiła. Zbliża się ten okres świąteczny, niech pani odpocznie”. Ale ja nie mogę usiąść i udawać, że wszystko jest dobrze. Bez Arka dla mnie nie ma świąt – mówi Kamila Zielińska, siostra zaginionego w kwietniu tego roku Arka Bochenka. Spotykamy się w mieszkaniu w Gdańsku. Uwagę przykuwa wylegujący się w zlewie kot. Przyniósł go Arek.

Chłopak powinien mieć teraz 29 lat, z Kamilą dzieli ich dziesięć lat różnicy. Zawsze traktował „Milę” – bo tak mówił o siostrze – jak drugą mamę. – Kiedyś nie było mnie w rodzinnym domu w Tczewie, gdzie mieszkaliśmy, przez trzy dni. Arek wtedy nic nie jadł. Płakał, chciał, żebym wróciła. Wołał: „Mila, Mila”. Nie miałam wyjścia, musiałam przyjechać – opowiada.

Zawsze byli ze sobą bardzo blisko, nawet gdy dorośli. Arek chętnie zwierzał się siostrze ze swoich problemów. – Jak tylko działo się coś złego, pisał do mnie, dzwonił. Przyjeżdżał się wypłakać – opowiada Kamila, która nie jest w stanie zrozumieć tego, co wydarzyło się w kwietniu. Bo jeśli miał jakiś problemy, to czemu tym razem do niej nie przyszedł?

Od 5 do 9 kwietnia Arek był u siostry w Gdańsku. Później wrócił do rodzinnego Tczewa, gdzie mieszkał z rodzicami. 11 kwietnia Arka widziano po raz ostatni. Siostra napisała do niego po godzinie 16.

– Odpisał, że wszystko ok, jest nad Wisłą i odpoczywa. Na drugi dzień miał iść do pracy. Później wysłał mi swoje zdjęcie i napisał: „Kocham cię siostra” – wspomina. Tego dnia wysłał jej w sumie dwa zdjęcia: na jednym był radosny, na drugim wyglądał już na przybitego, ale wciąż uśmiechał się do swojej Mili.

12 kwietnia do bliskich Arka dzwoniła jego dziewczyna. Byli razem od marca. Wszystkich informowała, że Arek zaginął. Ale od policji dowiedzieli się, że aby to zgłosić, musi upłynąć 48 godzin. 14 kwietnia siostra Arka osobiście pojawiła się na komisariacie w Tczewie i zgłosiła zaginięcie brata. Opublikowała także informację w mediach społecznościowych.

– Do policji mam żal ogromny. Zaraz po tym, jak przyjęli zgłoszenie, powinni kogoś wysłać nad Wisłę. A oni nie zrobili nic – mówi Kamila Zielińska. Rodzina na własną rękę zorganizowała płetwonurków – Wisłę w pobliżu zaginięcia Arka przeczesano łącznie trzy razy. Bez skutku. Mundurowi nie wykluczają żadnej wersji, ale według relacji rodziny, najczęściej mówią o samobójstwie.

W to Kamila nie wierzy, tak samo jak w to, że nigdy już nie usiądą razem do Wigilii. Zwłaszcza, że jest wiele pytań, na które wciąż im nie odpowiedziano. 18 kwietnia jedno z kont Arka na Facebooku – a ma ich trzy – było aktywne. – Włosy nam dęba stanęły. Ja widząc to zaczęłam płakać. Zaraz zaczęliśmy do niego pisać. Wtedy dowiedzieliśmy się, że znaleziono jego telefon. Był w lombardzie, gdzie zaniósł go bezdomny – opowiada Kamila.

Tego dnia lało jak z cebra. – Po takiej ulewie telefon nie powinien działać. Nie ma szans. Znam się na tym, jestem serwisantem – wtrąca mąż pani Kamili, Marcin. Na konto Arka ktoś zalogował się drugi raz we wrześniu.

– Przecież tylko on miał do niego dostęp. Policja mówi, że to mógł włamać się jakiś haker, ale jedna z jego dawnych koleżanek dostała z konta zaproszenie do znajomych. To skąd haker by wiedział, kogo Arek znał? – pyta Marcin.

Rodzina chce przede wszystkim odpowiedzi – jasnej – na jedno pytanie: czy Arek żyje? – Żadne „prawdopodobnie” nam nie wystarczy. Niech powiedzą, czy jest w Wiśle, czy go nie ma. Bo ja nie mogę siedzieć spokojnie z myślą, że Arek gdzieś tam jest. I jeśli ktoś mu coś zrobił, z każdym dniem coraz trudniej będzie to udowodnić – mówi pani Kamila.


Podczas rozmowy co jakiś czas z jej oczy płyną łzy. Ale nie rozkleja się, ociera je szybko, nerwowo. Stara się być silna dla swoich dzieci. – Dla nich zrobimy święta, prezenty muszą dostać. Choinkę ubrałam. W zeszłym roku Arek był w domu u rodziców w Tczewie, a my w Gdańsku. Ale cały czas pisał, wysyłał zdjęcia. Mieliśmy więc jakby podwójną Wigilię – wspomina.

W tym roku mówi wszystkim, że żadnych życzeń nie chce. – Robimy za to postanowienie noworoczne dla Arka. Jeśli do marca nic się w sprawie nie wyjaśni, podejmiemy kolejne działania. Nie przestaniemy go szukać.

Zaginionym, ich rodzinom oraz bliskim pomaga w Polsce Fundacja ITAKA. To dla nich czynna jest linia wsparcia pod numerem: 22 654 70 70.

źródło: wiadomosci.onet.pl