Trzyma w domu kilkadziesiąt kotów. Sąsiedzi mają tego dość. Są oburzeni zachowaniem sąsiadki

Na nasz balkon wlewa się koci mocz, nie mówiąc już o kale, który również potrafi przeniknąć przez ściankę działową. Smród jest taki, że nie można otwierać okien. Boję się o zdrowie dzieci – opowiada sąsiadka pani K., która w niewielkim mieszkaniu trzyma około 20 kotów.

Pani K. jest mieszkanką bloku mieszczącego się przy al. Wilanowskiej 364 na warszawskim Mokotowie. Oprócz niej w mieszkaniu żyje około 20 kotów rasy maine coon. Trzymanie zwierząt na niewielkiej przestrzeni ma swoje konsekwencje. Sąsiedzi przechodząc korytarzem zatykają nos i modlą się, by nie zwymiotować. O otwieraniu okien i korzystaniu z własnego balkonu, mogą zapomnieć.

„Myśleliśmy, że rozkłada się ciało”

Katarzyna kupiła mieszkanie w bloku przy al. Wilanowskiej dwa lata temu. Gdy oglądali swoje przyszłe lokum nie czuli smrodu rozchodzącego się zza sąsiednich drzwi. Dopiero kilka dni po przeprowadzce doszła do nich okropna woń.

– Myśleliśmy, że któryś z sąsiadów umarł, a ten zapach to rozkładające się ciało – opowiada Katarzyna, która z przerażeniem zaalarmowała pracowników administracji. „To nie trup, to koty pani K.” – usłyszała w odpowiedzi.

Kobieta natychmiast podjęła działania i napisała pismo z zażaleniem do pracowników zarządzających wspólnotą. Odpowiedzi nie dostała.

Od jesieni 2017 roku napisała cztery pisma, złożyła kilkanaście wizyt w budynku administracji i wykonała niezliczoną ilość telefonów. Jak twierdzi, bez efektu.

– Nasz balkon i balkon pani K. dzieli jedna ścianka. Przez tę ściankę wlewa się koci mocz, nie mówiąc już o kale, który również potrafi przeniknąć na naszą część. Smród jest taki, że nie można otwierać okien. Boję się o zdrowie dzieci – opowiada.

Syn Katarzyny niedawno przeszedł przeszczep szpiku z powodu białaczki. Ma bardzo niską odporność, w dodatku cierpi na ostrą alergię. – Bardzo boję się o zdrowie syna i o pozostałą dwójkę dzieci. Od kilku miesięcy cała nasza rodzina zaczęła alergicznie kaszleć. Jestem pewna, że ma to związek z kotami pani K. – mówi.

Katarzyna wielokrotnie brała głęboki wdech i pukała do drzwi pani K. Wielokrotnie bez żadnej odpowiedzi. – Ta kobieta unika konfrontacji. Chodzi korytarzami w taki sposób, by nie spotkać sąsiadów – opowiada Katarzyna. – Jeśli już złapię ją na korytarzu, zawsze odpowiada to samo: „Ojej, śmierdzi? Już sprzątam”.

Czy koty są bezpieczne?
Zuzanna również jest sąsiadką pani K. Okno w pokoju jej 4-letniego synka sąsiaduje z oknem właścicielki 20 kotów, dlatego już dawno przestała je otwierać.

– Smród jest nieprawdopodobny, szczególnie latem. Gdy idę z synem korytarzem, każę mu zatykać nos i sama też to robię, inaczej można by zwymiotować – opowiada. Z okna syna Zuzanna widzi kawałek mieszkania pani K. Pewnego razu zauważyła, że na parapecie siedzi kot z zakrwawionym pyszczkiem.

– Pomyślałam, że warto zaalarmować organizację broniącą praw zwierząt. Przecież to niemożliwe, by na tak małej przestrzeni stworzyć tylu kotom dobre warunki do życia – mówi.

Pracownicy jednej z pro-zwierzęcych fundacji odwiedzali sąsiadkę Zuzanny. Ze swoich wizyt sporządzali raporty i wysyłali je do administracji oraz zainteresowanych sprawą sąsiadów. Wynikało z nich, że zwrócili uwagę pani K. na pewne kwestie dotyczące warunków życia kotów, a ona dostosowała się do wszystkich wskazówek. Nie mieli zatem powodu by odebrać kobiecie zwierzęta.

– Pani K. udało się przekonać pracowników fundacji, że te koty nie są trzymane w celach handlowych. Gdyby było inaczej, hodowla byłaby nielegalne, ale skoro nie jest to hodowla… cóż, każdy ma prawo trzymać w domu 20 kotów. Ciekawi mnie tylko, dlaczego oni w te brednie uwierzyli? – pyta sąsiadka pani K.

Administracja milczy
Zdaniem mieszkańców kontakt z pracownikami administracji nie jest łatwy. Wysyłane pisma i wizyty sąsiadów zazwyczaj kończą się krótkim zapewnieniem: „Tak, tak, już się tym zajmujemy”, za którym jednak nie idą realne działania.

– Dostaliśmy zapewnienie, że nasza sprawa zostanie poruszona na posiedzeniu rady nadzorczej, która podejmie dalsze działania ws. pani K. Powiedziano nam, że zostaniemy zaproszeni na tę radę, ale nikt się z nami nie skontaktował. W ubiegłym tygodniu po raz kolejny zadzwoniłam do administracji i usłyszałam, że mają teraz ważniejsze sprawy na głowie, niż koty pani K. – opowiada Zuzanna.

Zarządca administracji osiedla Adam Walczak na początku naszej rozmowy zaznacza, że stanowisko piastuje od dwóch miesięcy i ma prawo wielu rzeczy nie wiedzieć. Sprawę kotów zna jednak doskonale.

– Po pierwsze bardzo mi przykro, że pani twierdzi, że my nic nie robimy – mówi Walczak. – Przekazaliśmy sprawę do działu prawnego, ale nie powiem pani dokładnie, kiedy to zrobiliśmy. Chcemy poruszyć tę sprawę na posiedzeniu rady nadzorczej, ale nie wiemy dokładnie, kiedy się ona odbędzie. Wpłynięcie na mieszkankę osiedla nie jest łatwe, to wolny kraj i ta pani ma prawo mieć koty – mówi.

Od kierownika administracji udaje się dowiedzieć zaledwie kilku rzeczy – posiedzenie spółdzielni Mokotów odbywa się mniej więcej raz w miesiącu, zatem kolejna rada powinna odbyć się w ciągu trzech tygodni. Pracownicy administracji mają dołożyć starań, by sprawa kotów została wreszcie omówiona. Na spotkanie zamierzają zaprosić właścicielkę kotów, jej sąsiadów oraz radcę prawnego. – Nie jestem jednak w stanie powiedzieć, kiedy i jakie kroki zostaną podjęte przez radę w tej sprawie – podsumowuje Walczak.

Co mówi prawo?
– Tryb postępowania w dużych wspólnotach reguluje ustawa o własności lokali. Zgodnie z art. 13, właściciel jest obowiązany między innymi: utrzymywać swój lokal w należytym stanie, przestrzegać porządku domowego, korzystać z nieruchomości wspólnej w sposób nieutrudniający korzystania z niej przez innych współwłaścicieli – mówi prawniczka Karolina Szarama, autorka bloga Prawnik radzi – Blog prawniczy.

Ekspertka tłumaczy, że uporczywe łamanie art. 13 może doprowadzić do tego, że wspólnota w trybie procesu sądowego zażąda sprzedaży lokalu uciążliwego sąsiada w drodze licytacji.

– Powództwo to stanowi jednak czynność przekraczającą zwykły zarząd nieruchomością, dlatego wymaga uchwały właścicieli lokali. Do czasu uzyskania zgody zarząd wspólnoty ma związane ręce. W praktyce problemem jest brak minimalnej liczby quorum na zgromadzeniu wspólnoty, co powoduje że złożenie pozwu nie będzie możliwe. Uchwały właścicieli lokali są podejmowane bądź na zebraniu, bądź w drodze indywidualnego zbierania głosów przez zarząd. Ta druga opcja może być rozwiązaniem problemu braku quorum – mówi Szarama.

Ekspertka dodaje też, że zgodnie z z art. 13 ustawy o ochronie praw lokatorów, w przypadku uciążliwego sąsiada, inny lokator lub właściciel innego lokalu w tym budynku może wytoczyć powództwo o rozwiązanie przez sąd stosunku prawnego uprawniającego do używania lokalu i nakazanie jego opróżnienia.

Szarama radzi, by każdy, kto zmaga się z trudnym sąsiadem podjął najpierw próby rozmowy. Jeśli to nie przyniesie efektu, należy wejść na drogę formalną.

– Zalecam wtedy tradycyjną korespondencję pisemną, wraz z potwierdzeniem odbioru. Pozwoli nam to udowodnić, że były podejmowane próby załatwienia sporu w sposób ugodowy, co obecnie jest niezbędne aby wystąpić na drogę sądową – podsumowuje.

źródło: kobieta.wp.pl