Kiedyś śpiewał o uwięzionej jaskółce, dziś sam jest uwięziony w niesprawnym ciele. Ale, jak mówi, walczy o to, by móc znów występować i tworzyć muzykę. Po przebytym niedawno udarze Stan Borys (77 l.) udzielił pierwszego wywiadu.

Wszystkich przeraziła informacja, która obiegła Polskę. Jak to możliwe, że zdrowy, dbający o siebie Stan Borys dostał udaru?

– Doceniałem piękno życia i korzystałem z niego, ale omijałem niebezpieczne otchłanie uzależnień. Nie piłem, nie zażywałem narkotyków i nie paliłem. Nie wiemy, co by było, gdybym żył inaczej. Może dużo wcześniej bym zachorował? Na to, co się stało z moim zdrowiem, mogły mieć wpływ inne okoliczności, jak stres, brak dobrego powietrza… Może i uwarunkowania genetyczne? Mój ojciec też miał udar, nawet kilka.

Jakie objawy zwiastowały, że coś złego dzieje?

– Miałem bóle głowy, później pojawiły się zawroty. Gdy zacząłem inaczej odczuwać jedną nogę, postanowiłem ją rozruszać. Pojechałem na korty tenisowe. Koledzy widząc, jak się poruszam, nie pozwolili mi grać i odwieźli do domu. Ale ja pojechałem jeszcze do fryzjera, bo miałem przecież lecieć do Ani, do Nowego Jorku, a potem – w trasę koncertową.

Nie poszedł pan do lekarza?

– Skonsultowałem się telefonicznie z moim przyjacielem, doktorem Sławomirem Maciejem Gostkowskim, i to właśnie on pierwszy podejrzewał u mnie udar, choć objawy na to nie wskazywały. Powiedział, że trzeba natychmiast wezwać karetkę. Ratownicy nie stwierdzili wprawdzie żadnych objawów neurologicznych, ale Maciej się uparł, żeby zabrali mnie do szpitala. Nie chciałem, ale jednocześnie wiedziałem, że nie mogę tego zlekceważyć i zatrzymałem się na czerwonym świetle, żeby nie dopuścić do katastrofy. Na szczęście nie straciłem przytomności.

To był pierwszy w życiu pobyt w klinice?

– Tak, pierwszy raz w życiu znalazłem się w szpitalu. Ania była wtedy w Nowym Jorku i zaczęła odwoływać koncerty, na które czekali moi fani, no i dzieci z polskich szkół, które miały ze mną wystąpić. Dość szybko przyleciała do mnie. Przykro mi, że narobiłem jej tyle kłopotów. Leżąc na OIOM-ie, byłem przerażony, że cała lewa strona mojego ciała, włącznie z twarzą, w ogóle nie funkcjonuje. Powtarzałem sobie ciągle wiersz Norwida „Fortepian Chopina”, kontrolując swoją pamięć, której szczęśliwie nie straciłem.

O czym myśli ktoś, kto nagle staje się więźniem swojego ciała i ląduje w szpitalu?

– OIOM – sala, w której ratuje się ciężko chorych i gdzie ja się znalazłem, dla mnie była pokojem pokory. Miałem różne refleksje i tę najistotniejszą… Życie jest kruche i nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo. Wcześniej nie myślałem przecież o tym, że coś złego może mnie spotkać. Często stąpamy po cienkim lodzie – jak się załamie, to wpadniemy w otchłań i nie zawsze mamy szansę wydostać się z niej na powierzchnię.

Jak ważna jest w takiej sytuacji obecność kogoś bliskiego?

– Ania jest najcudowniejszą kobietą. Przychodzi do szpitala i spędza tu każdy dzień. A zaczęła od przestawienia łóżka, które powinno być usytuowane tak, żeby dostęp do mnie był od strony porażonej, bo trzeba ją uaktywniać. Zadbała, by rehabilitacja została wdrożona od razu, bo jest bardzo ważna, a może nawet najważniejsza po udarze. Doceniam wszystko, co dla mnie robi. Właśnie w najtrudniejszych chwilach życia potwierdza się prawdziwa miłość i przyjaźń. Czasem myślę, że chyba jednak czymś w życiu sobie na nią zasłużyłem.

Do niedawna wszyscy uznawali pana za bogacza. Media ujawniły, że tak nie jest.

– Ale zostałem obnażony… Nie lubię narzekania, użalania się. Utrzymywałem się z występów, żyjąc na bieżąco. Zarabiałem, płaciłem rachunki i raty kredytu. Musiałem go wziąć, bo po powrocie do Polski w 2004 r. zaczynałem od zera. Chciałem pracować do końca życia. Nie udało się, bo udar wyłączył mnie ze wszystkiego. I nie wiadomo, jak długo jeszcze nie będę mógł pracować.

Nie prosił pan o pomoc finansową, ale przyjaciele i fani zaczęli zbierać środki na dalszą rehabilitację…

– Zawsze to do mnie zwracano się o pomoc i pomagałem, biorąc udział w koncertach i akcjach charytatywnych. Byłem zbyt dumny, by prosić o zbieranie datków na moją rehabilitację, choć wiem, że jest bardzo kosztowna. Nie wyobrażam sobie tego, bo przecież inni są w jeszcze większej potrzebie. Ale jeśli ktoś chce pomóc, to z wdzięcznością trzeba to przyjąć.

Jak to się stało, że nie ma pan emerytury?

– Nie myślałem o tym, żeby prosić o emeryturę i nie starałem się o nią. Czułem się dobrze i młodo, i byłem przekonany, że zarobię na życie, że dam sobie radę i że nie będę jej potrzebował. Pod koniec ubiegłego roku, kiedy postanowiłem jednak tym się zająć, okazało się, że są duże trudności, bo znalezienie dokumentów, zwłaszcza tych najstarszych, od 1958 r., jest niemożliwe. Zostawiłem to…

Minister kultury obiecał pomoc w przyznaniu panu specjalnej emerytury… Czy decyzja została już podjęta?

– Tak. 18 marca otrzymałem oficjalne pismo z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów o przyznaniu mi od 1 kwietnia specjalnej emerytury i informację o przekazaniu decyzji do ZUS. Jestem bardzo wdzięczny i jeszcze raz dziękuję. Na pewno ułatwi mi to rehabilitację.

Czy pańskie zasługi dla polskiej kultury i promowania jej na świecie oraz nagrody na międzynarodowych festiwalach były doceniane przez nasze władze?

– Moje nagrody, krzyże zasługi nie były związane z polityką, bo nigdy nie byłem uległy wobec żadnej władzy. Nigdy również nie twierdziłem, że coś mi się należy. Ale skoro mnie czasem odznaczano, to chyba też i niekiedy doceniano. Kiedyś bardzo nie podobał się wszystkim mój wizerunek. Nosiłem długie włosy i krzyże na piersi – do dziś budzące dużo kontrowersji. W latach 70. byłem wysyłany na międzynarodowe konkursy, żeby je wygrać. I zawsze przywoziłem stamtąd nagrody.

Chce pan wrócić na scenę?

– Bardzo… Trudno mi wyobrazić sobie inną przyszłość. Jak się przecież coś kocha, to się kocha i koniec. A moim światem jest muzyka. Według opiekujących się mną lekarzy, powrót do zdrowia może zająć mi nawet półtora roku. Współpracuję obecnie z rehabilitantami, z logopedą i ćwiczę piosenki. Porażenie lewej strony ciała nadal się utrzymuje. Wiem, że nie przeskoczę już wysokiej poprzeczki, jak w młodych latach. Godzę się z tym, że kiedyś trzeba zwolnić w życiu, stosownie do wieku i sytuacji. Jeśli uda mi się powrócić do sił, to będę szczęśliwy.

Czy ma pan jakieś plany?

– O, dużo. Chciałbym móc zarabiać na moje „następne” życie. Myślę, że będzie ono równie treściwe jak do tej pory. Mam nadzieję, że wystąpię w zaległych koncertach i że będzie już teraz tylko coraz lepiej. So help me God! (Tak mi dopomóż Bóg – red.).

źródło: pomponik.pl