Sława Przybylska, w imię miłości, godziła się być tą trzecią. Dramatyczna historia miłości

Podziwiała jego filmy, a kiedy go poznała, zakochała się jak nastolatka. Jednak on miał żonę, której nie chciał zostawić. Los przeciął ten gordyjski węzeł.

Poznali się pod koniec lat 50. Niewysoka, drobna, z grzywką à la Maria Dąbrowska, nie była superpięknością. Kiedy jednak brała gitarę do ręki i zaczynała śpiewać, uwodziła głosem i charyzmą.

Sława Przybylska właśnie zaczynała karierę. Piosenka „Pamiętasz, była jesień”, którą nagrała do filmu „Pożegnania”, stała się wielkim przebojem. Dlatego reżyser Andrzej Munk zaprosił ją do współpracy.

Już pierwsze spotkanie wywarło na niej olbrzymie wrażenie. – Kiedy go ujrzałam, nie mogłam oderwać oczu. Od razu mnie oczarował. To spojrzenie… Jego wzrok magnetyzował – wspominała po latach artystka.

Andrzej był wysoki, przystojny i niezwykle dowcipny. Miał na koncie wybitne, nagradzane na międzynarodowych festiwalach filmy. Poprosił Sławę, by do „Zezowatego szczęścia” nagrała piosenkę.

Wspólna praca bardzo ich zbliżyła. Ona, wówczas 27-latka, była rozwódką z dzieckiem. Jej studenckie małżeństwo z Jerzym Kostarczykiem okazało się pomyłką, związku nie uratowały nawet narodziny córki Blanki. Z dnia na dzień została sama.

Odrzucając zaloty kolejnych adoratorów, starała się zastąpić dziewczynce i matkę, i ojca. Obdarzona romantyczną, melancholijną naturą, w głębi duszy tęskniła do wielkiej miłości. – Byłam skromną, zahukaną dziewczyną. Jedynym moim pragnieniem było wówczas tylko to, by kochać i być kochaną – wspominała.

Poddała się nowemu uczuciu jak nastolatka. Reżyser był jednak żonaty. Andrzej wdał się w romans z jedenaście lat młodszą artystką, ale wcale nie zamierzał kończyć swojego małżeństwa.

Joannę Próchnik poślubił w 1946 roku, a znali się jeszcze z czasów wojny. – Miał z nią metafizyczną więź, która powodowała, że nigdy by jej nie opuścił – twierdził z przekonaniem jego przyjaciel, Kazimierz Kutz.

Tymczasem Sława, w imię miłości, godziła się być tą trzecią. Nie potrafiła i nie chciała wyleczyć się z tego uczucia. Chociaż rola kochanki i ciągłe ukrywanie się z emocjami bardzo ją upokarzały.

– Munk stał się niemal jej obsesją. W tym czasie zrobiłaby dla niego wszystko. Ciągle miała nadzieję, że dla niej się rozwiedzie – wspominała Hanka Bielicka.

Nie wiadomo, jak by się potoczyły losy pary, gdyby nie wypadek. 20 września 1961 roku pod Łowiczem reżyser zderzył się swoim fiatem 600 z ciężarówką. Został poważnie ranny, zmarł po paru godzinach w szpitalu.

Nagła śmierć ukochanego była dla Sławy szokiem, w samotności przeżywała ból, zamknęła się w sobie. – Przez parę lat miałam wielkie poczucie tragizmu. Stałam się smutną osobą – mówiła.

Wtedy poznała Jana Krzyżanowskiego. Przyszedł na koncert, był jej wielkim fanem. – W odpowiednim momencie pojawił się mężczyzna, którego potrafiłam pokochać – wyznała.

Ślub wzięli w 1964 roku. Do dzisiaj są razem, mieszkają w podwarszawskim Otwocku.

Kiedy po latach zapytano Sławę o Munka, powiedziała: – Byłam zafascynowana jego uśmiechem, poczuciem humoru, niebywałą inteligencją, wiedzą, kulturą i silnym magnetyzmem jego oczu…

źródło: pomponik.pl