Bon Jovi po 6 latach powraca do Polski! Gwiazdor ma polskie korzenie? Bardzo ciekawy wywiad

Ponad 30 lat na scenie, 14 albumów długogrających na koncie, ponad 100 milion sprzedanych na całym świecie płyt i hity, które zna prawie każdy. Zespół Bon Jovi po sześciu latach przerwy ruszył w trasę koncertową „This House Is Not for Sale”, w ramach której 12 lipca wystąpi na PGE Narodowym w Warszawie. Przed koncertem rozmawialiśmy z klawiszowcem Davidem Bryanem.

Dotychczas zespół Bon Jovi w Polsce wystąpił tylko raz – w czerwcu 2013 r. na PGE Arenie w Gdańsku.

Grupę tworzą Jon Bon Jovi (wokal), David Bryan (klawisze), Tico Torres (perkusja), Hugh McDonald (bas) i Phil X (gitara). Ten ostatni dołączył do grupy w 2013 r. w przededniu światowej trasy „Because We Can”, kiedy to zastąpił współtwórcę przebojów Richiego Samborę.

Swoje odejście Sambora tłumaczył zmęczeniem, chęcią spędzania więcej czasu z najbliższymi (przede wszystkim dorastającą córką Avą), a także skupieniem się na autorskim materiale. W tym czasie opiekował się umierającym ojcem, a także przechodził przez burzliwy rozwód z aktorką Heather Locklear, matką Avy.

Do największych przebojów Bon Jovi należą m.in. „You Give Love a Bad Name”, „Livin’ on a Prayer”, „Wanted Dead or Alive”, „It’s My Life” czy „Bed Of Roses”.

Zakończona w ostatnich dniach 2013 r. trasa „Because We Can” okazała się kolejnym biznesowym sukcesem Jona Bon Jovi i jego kolegów, przynosząc prawie 260 mln dolarów.

W sierpniu 2015 r. do sprzedaży trafiła płyta „Burning Bridges” będąca pożegnaniem z wytwórnią Mercury. Zestaw zawierał wygrzebane z szuflady niedokończone kompozycje, jak i całkiem nowe utwory, a sam Jon Bon Jovi traktował album jako „płytę dla fanów” i dodatek do trasy koncertowej.

Regularny studyjny materiał – pierwszy w ponad 30-letniej karierze nagrany bez żadnego udziału Sambory – nosił tytuł „This House Is Not For Sale” i ukazał się jesienią 2016 r.

Anna Nicz, Interia: Twoi dziadkowe są Polakami. Pewnie ekscytujesz się przed podróżą do Polski.

David Bryan (Bon Jovi): – Tak, rodzice mojego ojca urodzili się w Warszawie, w okolicach roku 1911. Pierwszy raz, gdy graliśmy w Polsce był wyjątkowy.

Dlaczego był wyjątkowy?

– To kultura, historia mojej rodziny. Moja babcia nauczyła się grać na pianinie ze słuchu, tata grał na trąbce, więc w rodzinie było dużo muzyki. Zacząłem lekcje gry na pianinie, gdy miałem 7 lat. W domu cały czas przewijała się polska sztuka i kultura. Gdy pierwszy raz przyleciałem do Polski, w końcu miałem okazję usłyszeć ludzi rozmawiających w od dawna znajomym mi języku.

„This House Is Not For Sale” to wasza pierwsza trasa po sześciu latach przerwy. Jak myślisz, przez te wszystkie lata grania wasi fani w jakiś sposób się zmienili?

– Nasza pierwsza płyta ukazała się w 1984 roku. To był całkiem inny świat, nie było komputerów, komórek, ludzie ekscytowali się tym, że zespół przyjeżdża do miasta. Teraz jest całkiem inaczej, ale koniec końców chodzi o wyjście na scenę, gdzie spotykasz się z żywymi ludźmi, z publicznością, to nie jest streaming – to jest na żywo. Wydaje mi się, że energia, która wytwarza się między muzykami a publicznością jest nie do zastąpienia przez żadne inne media. Nasi fani jednak są nadal tak samo zaangażowani w koncerty, jak kiedyś. I myślę, że nigdy się nie zmieni.

Nawet w czasach smartfonów, nagrywania fragmentów koncertów, social mediów?

– Najważniejszą przewagą koncertów jest to, że są na żywo – nie są w telefonie, to nie są streamingi. Możesz wyciągnąć telefon, zrobić zdjęcie, nagrać filmik, zaświecić latarką, ale myślę, że i tak najważniejsze jest, że możesz samemu tego doświadczyć.

W zeszłym roku zespół Bon Jovi został wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame. Jakie emocje towarzyszą takiemu wyróżnieniu?

– Cudownie jest być w miejscu, w którym celebruje się rock and rolla. Elvisa, The Beatles, Rolling Stones, Chucka Berry’ego, Eltona Johna, wiele różnych osobowości, zespoły, na których się wychowałem. To dla mnie wielki zaszczyt.

Wspomniałeś o swoich muzycznych bohaterach – czy przez lata kariery muzycznej twoja lista idoli zmieniała się?

– Gdy zaczynałem jako kilkuletni pianista, uwielbiałem Bacha, Mozarta, Brahmsa, Schuberta, Chopina. Potem pojawili się Beatlesi, rock and roll i było to dla mnie niesamowite. Pomyślałem, że też chcę to robić.

Mówi się, że mamy obecnie trudne czasy dla rockowych zespołów. Reprezentanci innych gatunków muzycznych gromadzą większe tłumy. A mimo to wam nadal udaje się wypełniać stadiony.

– Tak wygląda nasz świat, tak zaczynaliśmy i tak będzie nadal – musisz po prostu wyjść na scenę i grać. Filmy takie jak „Bohemian Rhapsody” wynoszą znowu rock and roll na piedestał. Dużo młodych ludzi ogląda takie filmy i myśli: wow, to super być w zespole, nagrywać płyty, śpiewać i czerpać energię ze wspólnego grania. Robimy to tak dobrze, jak potrafimy. Gdy wychodzimy na scenę, to jest maksimum naszych mocy, nie możemy starać się bardziej. Gdy znajdziesz grupę ludzi, z którymi możesz tworzyć coś takiego, wchodzisz na kolejny poziom.

Wspominasz „Bohemian Rhapsody”, widziałeś może „The Dirt”, film o Mötley Crüe?

– Nie, jeszcze nie widziałam. Myślę, że filmy takie jak „Bohemian Rhapsody” naprawdę rzucają światło na to jak to jest być w rockowym zespole, występować na żywo, robić muzykę. Nie widziałem jeszcze filmu o Mötley Crüe. Różnica między nami a wieloma zespołami w tamtych czasach była taka, że nam zależało na innym stylu życia. Dla nas nie liczyły się tylko imprezy, dziewczyny, seks, narkotyki i rock and roll. Też mieliśmy sporo zabawy, ale priorytetem było robienie dobrej muzyki. Każdy z nas pochodził z innego świata, zebraliśmy się, by zrobić Bon Jovi, by stworzyć coś wyjątkowego. Jesteśmy gośćmi z New Jersey, którzy pracowali dzień i noc, żeby robić dobre piosenki.

Może pewnego dnia obejrzymy film o zespole Bon Jovi.

– Nie mówię nie. Kto wie!

źródło: muzyka.interia.pl