W marcu 2019 roku na ekrany polskich kin wejdą aż trzy filmy, w których będziemy mogli oglądać Agatę Buzek. Aktorka opowiada o nich, a także o planach na przyszłość i uczuciach towarzyszących oglądaniu samej siebie na ekranie.

Agata Buzek

Jakub Izdebski, Interia: Jak czuje się pani podczas seansów swoich filmów?

Agata Buzek: Różnie. Jak oglądam film pierwszy raz – jest trudno. W takim sensie, że bardzo widzę wtedy różne rzeczy, które zrobiłabym inaczej. Pierwszy raz jest raczej dużym stresem. Często też jakimś rodzajem zażenowania i walki z tym, że na siebie patrzę. Także dopiero któryś raz z kolei mogę tak naprawdę obejrzeć film.

Bywały seanse podczas których bardziej skupiała się pani na reakcji publiczności?

– Nie muszę się skupiać, to rzecz, która dociera do mnie mimo woli. Oglądanie w towarzystwie ludzi, którzy wcześniej filmu nie widzieli, którzy są go ciekawi…jest przyjemne. Nie zawsze łatwe, ale przyjemne. Słuchać reakcji, tak jak w przypadku „Córki trenera”, gdy ludzie śmieją się w tych momentach, w których chcieliśmy, żeby się śmiali.

W „Córce trenera” gra pani obiekt uczuć Macieja Korneta, bohatera Jacka Braciaka. Może pani przybliżyć swoją postać?

– To kobieta, której historii właściwie nie znamy, ale możemy się jej domyślać. Jest koło czterdziestki, spędza samotnie wakacje, co oczywiście o czymś świadczy. Nie ma przy niej dzieci ani żadnego mężczyzny. Jest dosyć samodzielna, więc pewnie z jakichś powodów musiała się tego nauczyć. Dla mnie oni oboje są obrazem szansy czy nadziei, która wydarza się tu i teraz, zupełnie przypadkiem. No i z której on nie korzysta. Której nie pozwala się wydarzyć. Wydaje mi się, że moja bohaterka jest gotowa na więcej, jest gotowa dużo dać i dużo zrozumieć. I że ma w sobie, pomimo mocnego charakteru, sporo tolerancji i otwartości.

Ale mimo to wciąż lubimy bohatera Jacka Braciaka i mu kibicujemy.

– Tak. Wydaje mi się, że wspaniałością tego co było w scenariuszu, a później zagrał Jacek, jest takie poprowadzenie głównego bohatera, że – pomimo wszystkich jego wad i złych posunięć – cały czas widzimy, że on chce dobrze, że on jest dobrym człowiekiem, że tak naprawdę jest pogubiony, a nie złośliwy. Bardzo chcielibyśmy, żeby jemu się ułożyło – z córką, z tą kobietą, a moim zdaniem przede wszystkim z samym sobą.

Filmy Grzegorzka są nazywane polskim Sundance. Czy według pani brakuje takich produkcji na polskim rynku?

– Myślę, że w tym sensie nie brakuje, że mamy Łukasza Grzegorzka. (śmiech)

Oprócz „Córki trenera” w marcu będziemy mogli zobaczyć panią w jeszcze dwóch filmach. „Ciemno, prawie noc” to pani ponowne spotkanie z Borysem Lankoszem po dziesięciu latach od premiery „Rewersu”.

– Nie do końca. W zeszłym roku nakręciliśmy „Kobro / Strzemiński. Opowieść fantastyczna”, który jest już gotowy. Natomiast jest on przeznaczony do obiegu bardziej performatywnego, video artowego, galeryjnego. Ma czterdzieści minut i jest dość niesamowity. Więc „Ciemno, prawie noc” to trzecia rzecz, którą robię z Borysem. Ale o filmie trudno mi mówić, bo go nie widziałam. (śmiech) Pan widział?

Nie, ale wydaje mi się, że jest to film zupełnie inny od „Rewersu”…

– Tak. „Rewers” był kinem bardzo mocno gatunkowym, czarno białym, umiejscowionym w komunizmie. Zresztą tak napisanym przez Andrzeja Barta, że postaci były bardzo charakterystyczne, wręcz groteskowe. Była to czarna komedia, czego nie można powiedzieć o „Ciemno prawie noc”. To jest jednak od początku do końca film trudny, mroczny, straszny, a jeszcze postać Anny Lipiec, która tam gram, jest w jakimś sensie kwintesencją mroku i walki z piekłem w tym filmie.

Czyli zagrała pani antagonistkę?

– To postać z największą traumą, z największymi przeżyciami, która najbardziej sobie z tym nie poradziła i dalej przekazała to zło, ale nie powiedziałabym, że to jest zła osoba.

Pytałem wcześniej o reakcje publiczności, bo pani trzecia premiera – „High Life” Claire Denis – spotkała się z dość skrajnymi.

– Jakie były te reakcje?

Podobno jest to jeden z tych filmów, podczas których widzowie wstają i wychodzą z seansu.

– Rzeczywiście, tak było, gdy widziałam film na festiwalu w San Sebastian. Ten film jest bardzo trudny. Przez swoją intymność, alienację wszystkich bohaterów i pokazanie brutalności z bliska. Obrzydliwości międzyludzkich. Chociaż znałam scenariusz i grałam w filmie, to dosyć mnie ścięło po pierwszym seansie. Nie jest to film na letnie radosne popołudnie.

Rozumiem, że jest to film obciążający nie tylko psychicznie, ale wręcz fizycznie?

– Jest laboratoryjny, transowy, zmysłowy, myślę, że chce się skulić, oglądając go.

Wydaje się, że rola w tym filmie jest wyjątkowa w pani karierze. Gra pani tutaj mężczyznę.

– Nie do końca. Zresztą mężczyznę już grałam wcześniej w teatrze, więc to nie byłby pierwszy raz. Ta rola była napisana dla mężczyzny. Ale ja nie gram mężczyzny. Trzymałyśmy się z reżyserką tego, że wszędzie w scenariuszu to był „on”, nazywa się Nansen, mieszka w części męskiej i jest pilotem. Natomiast ja ani trochę nie grałam mężczyzny. Chciałyśmy, by ta postać nie była przypisana ani do sfery żeńskiej, ani do męskiej. Właściwie wśród tych kilku osób wyalienowanych z życia, z przestrzeni i w ogóle z ludzkości, Nansen jest jeszcze wyalienowany spośród nich wszystkich. Także przez swoją międzypłciowość.

W jednym miesiącu trzy różne role. Czy może pani zdradzić jakie będą kolejne?

– Jestem w trakcie filmu na Ukrainie, gdzie gram dla odmiany osiemnastowieczną księżniczkę. W kwietniu zaczynam niemiecki film, w którym gram pojawiającą się tylko i wyłącznie w snach babcię-ducha.

Tak oto skończyliśmy na pięciu rolach. Bardzo dziękuję za rozmowę.

– Dziękuję.

źródło: interia.pl