Niezwykła przyjaźń chłopca i… pelikana. Ta historia wyciska łzy

„Chłopiec z burzy” to jedna z najukochańszych powieści dla dzieci w Australii. Film Shawna Seeta to druga jej adaptacja. Pięknie sfilmowana, wprowadzająca współczesne tony i kusząca się na własną interpretację przyjaźni małego chłopca i niezwykłego pelikana, Pana Percivala.

Powieść Colina Thielego z lat 60. „Chłopiec z burzy” to jedna z najsłynniejszych w literaturze australijskiej. W 1976 roku, gdy do drzwi australijskiej kinematografii pukała nowa fala, powstaje nagradzana adaptacja książki ze słynną, jedną z pierwszych ról aborygeńskiego aktora Davida Gulpilila. Film Henriego Safrana koncentrował się na dojrzewaniu małego chłopca, na zrozumieniu przez niego cyklu życia, w który wpisane jest też rozstanie i śmierć. Film do dzisiaj może ujmować historią, w którym mroczne i ciężkie tematy równoważone są przez lżejsze tony, przez dziecięcy pierwiastek, który kryje się także w dorosłych.

W najnowszej adaptacji powieści Thielego reżyser – znany głównie z telewizji Shawn Seet wprowadza mniejsze i większe zmiany. Z niektórymi z pewnością można dyskutować, zwłaszcza tymi z finału, ale to już temat dla miłośników książki i filmu Safrana.

Michael (debiutant Finn Little) to chłopiec mieszkający z ojcem w pobliżu plaży i rezerwatu przyrody Coorong w pobliżu Adelajdy. Pewnego dnia ratuje pisklęta pelikana, których matka została zabita przez kłusowników. Z pomocą Aborygena, Fingerbone Billa, opiekuje się ptakami. Z jednym z ptaków nawiązuje szczególną więź. Nazywa go Panem Percivalem.

„Chłopiec z burzy” Seeta jest pięknie sfotografowany. Ma w sobie ów wizualny splendor, wydobywany przede wszystkim z australijskich krajobrazów, dzięki którym tamtejsze kino jest znane i lubiane. W swojej wersji historii Michaela Seet podejmuje współczesne dyskusje na temat ochrony australijskiej przyrody przed zakusami wielkich firm i kopalń. Wplata je przede wszystkim w historię dorosłego Michaela (jak zwykle niezastąpiony Geoffrey Rush), który powraca na plażę z dzieciństwa, by opowiedzieć historię niezwykłej przyjaźni swojej wnuczce.

„Chłopiec z burzy” to tak naprawdę historia relacji między dzieckiem a rodzicem w obliczu straty i żałoby. Seet w swojej wersji wprowadza w finale elementy realizmu magicznego, który co prawda oddala historię od jej powieściowego oryginału, ale ma sporo uroku. Można dyskutować, czy było warto, ale trudno odmówić w tym Seetowi filmowego pazura.

Reżyser wpisuje się swoim filmem w dość popularny nurt w kinie australijskim na przełomie wieków, który dziecko uczynił głównym bohaterem i nośnikiem odbijającym współczesne kwestie żywo dyskutowane w Australii (emigracja, relacje między białą społecznością a rdzennymi mieszkańcami kontynentu, dojrzewanie w kulturze zdominowanej przez australijską odmianę macho – „mateship”).

„Chłopiec z burzy” przy całym swoim wizualnym uroku unika pułapki „turystycznej reklamy”. Krajobrazy są tu nośnikiem historii, a nie tylko dodatkiem. Wielki plus za nawiązanie do filmu Safrana poprzez niewielką, ale jednak rolę Davida Gulpilila. Tym bardziej, że w najnowszej adaptacji powieści Fingerbone Bill nie stanowi tak ważnego dla Michaela przewodnika, jakim jest choćby w filmie Safrana. U Seeta to Michael sam dojrzewa do wiedzy, którą w 1976 roku przekazywał mu Fingerbone-Gulipilil. Takie czasy. Mimo wszystko jednak „Chłopiec z burzy” Seeta to filmowa uczta zarówno dla dużych, jak i małych widzów.

źródło: interia.pl