„Na Wspólnej”: Grażyna Wolszczak zdradza sekret swojej urody

Grażyna Wolszczak walczy o ochronę środowiska i broni praw słabszych. Z determinacją angażuje się w kolejne akcje. Nie boi się krytyki. Żyje w zgodzie ze sobą i z naturą, co sprawia, że w wieku 60 lat wygląda zjawiskowo. Nam opowiada o tym, co zawdzięcza rodzicom i dobrym genom.

Kojarzymy panią z ról Basi w „Na Wspólnej” i Grażyny w „Pierwszej miłości”. W obu serialach występuje pani od lat. Nie znudziło się pani?

– W telenowelach wątki się przeplatają. Bohaterowie raz są na pierwszym planie, innym razem na dalszym, a czasem na krótko znikają. Dlatego nie może być mowy o nudzie. Poza tym kilkanaście lat obcowania z postacią powoduje, że aktor się z nią zżywa. Przez to każdy powrót na plan staje się spotkaniem z bliską osobą. Taka praca cieszy, bo w tym z definicji ulotnym zawodzie właśnie dlatego daje namiastkę stabilności, że trwa latami. Czymś bezcennym jest też sympatia i przyjaźń widzów. Obcy ludzie uśmiechają się do mnie, zagadują i traktują jak znajomą. Ciekawi ich los moich bohaterek oraz mój. Słyszę od nich dużo ciepłych słów.

Zachwyt budzi pani forma fizyczna. Posiadła pani sekretną wiedzę, jak zatrzymać czas?

– Swego czasu wydałam książkę „Jak być zawsze młodą, piękną i bogatą”. Tytuł lekko prowokacyjny, bo wiadomo, że nic nie jest nam dane na zawsze. Opowiedziałam w niej o moich doświadczeniach. Nie odkryłam niczego rewolucyjnego. Warunkiem kondycji jest zdrowe odżywianie, ćwiczenia, życiowy optymizm i dobre geny. Na te ostatnie nie mamy wpływu, ale na resztę jak najbardziej. Im więcej pracy wkładamy w siebie, tym lepsze przynosi to efekty.

Ćwiczy pani regularnie?

– Staram się, choć różnie z tym bywa. Człowiek z natury jest leniwcem-kanapowcem i ciężko mu się ruszyć. Sumienie nie pozwala mi jednak zalegać na niej zbyt długo. Zwłaszcza gdy poczuję, że robię się sztywna, nie potrafię dotknąć głową kolan ani zrobić mostka. Wtedy mówię: jest źle. I to jest pierwsza motywacja. Druga to wchodzenie po schodach. Mieszkałam kiedyś na 4. piętrze bez windy. Brak zadyszki był normą, pojawienie się jej mobilizowało do walki o kondycję. Teraz już nie mam tego testu, bo mieszkam na 10. piętrze, więc korzystam z windy. Ale pilnuję się sama. No i od lat uprawiam jogę, świetną dla ciała i ducha.

Korzysta pani też z zabiegów medycyny estetycznej, do czego niewiele gwiazd się przyznaje.

– Traktuję to jak wizyty u dentysty. Do stomatologa nie chodzę tylko po to, żeby mieć zdrowe zęby, ale też ładny uśmiech.

A dlaczego wspomaga pani tyle kampanii zdrowotnych?

– Uważam to za swój obowiązek, bo jeśli chodzi o profilaktykę, jesteśmy w ogonie Europy. Dotyczy to m.in. zachorowań na raka szyjki macicy i piersi. Wykrycie tych chorób na wczesnym etapie gwarantuje wyleczenie, dlatego trzeba się regularnie badać. Tak samo jest z HIV. Mało kto wie, że kobieta w ciąży, która jest zakażona, może urodzić zdrowe dziecko. Ale żeby tak się stało, trzeba zrobić test, a potem być pod opieką specjalisty. Staję na głowie, żeby ta wiedza była powszechna.

Zdrowiu służy też higieniczny tryb życia, z którego pani słynie.

– Tyle że nie jest to kwestia silnego charakteru. Po prostu nałogi się mnie nie trzymają. Alkohol mi szkodzi. Choruję, jak wypiję kieliszek za dużo. Koło północy oczy mi się zamykają, więc balowanie do rana nie wchodzi w grę. Organizm sam zmusza mnie do nieimprezowego stylu życia. A może to zasługa mamy? Była higienistką w szkole i zakazywała mi wszystkiego, co niezdrowe: oranżady w proszku zlizywanej z ręki, bo zarazki i wieczornych wyjść z rówieśnikami, bo niebezpieczne.

A co pani zawdzięcza tacie?

– Wiarę w siebie, optymizm i… imię. Jadąc kiedyś pociągiem, zobaczył małą, rozkoszną Grażynkę. To przeważyło, kiedy przyszłam na świat. Tata, z zawodu inżynier budowlany, był idolem mojego dzieciństwa. Na drugie, już nie wiem skąd, dano mi Bogumiła. Co ciekawe, mój życiowy partner to Cezary Bogumił Harasimowicz.

Życzenie zawarte w tym imieniu jest aż nadto czytelne. Może dlatego tak poskutkował list, napisany przez panią do Boga?

– Po śmierci męża (aktor Marek Sikora) zostałam z małym dzieckiem. Wiedziałam, że nie chcę reszty życia spędzić sama. Wtedy napisałam sobie, jaki powinien być mój przyszły wybranek. Można to nazwać listem do Boga. Albo Opatrzności. Wrzuciłam kartkę do szuflady i zapomniałam. Po latach, kiedy już nasze drogi z Czarkiem się zeszły, odnalazłam ją i zdumiona skonstatowałam, że moje postulaty spełniły się co do joty.

Kilka lat temu założyła pani własną firmę producencką.

– Zawsze miałam dużo pomysłów, brakowało mi tylko odwagi, żeby wcielić je w czyn. Potrzebowałam entuzjazmu mojej wspólniczki Joasi Glińskiej, żeby ruszyć z miejsca. I paru życzliwych kibiców. Tak powstała Fundacja Garnizon Sztuki i nasze teatralne projekty z misją. Wśród nich jest kultowy spektakl „Pozytywni” oraz „Polowanie na Łosia” Michała Walczaka i „Czworo do poprawki”. Teraz pracujemy nad nowym spektaklem Cezarego Harasimowicza „Same Plusy”, a obsadę znowu mamy wspaniałą! To jest największa radość, kiedy widzowie są zachwyceni, zaś najlepsi aktorzy wiedzą, że warto z nami pracować. Do szczęścia brakuje nam tylko siedziby. Gramy gościnnie w warszawskim teatrze Imka lub jeżdżąc po Polsce. A mnie się marzy własna scena…

źródło: swiatseriali.interia.pl