Małgorzata Niemirska opowiada o szczęśliwych oraz dramatycznych chwilach ich życia, i zawsze będzie pamiętać jego ostatnie słowa

Marek Walczewski (†72 l.) i Małgorzata Niemirska (71 l.) ślub wzięli w 10 minut, między próbą a spektaklem, a potem przeżyli szczęśliwie 35 lat! Rozłączyła ich dopiero śmierć…

Takie uczucie, jakie przytrafiło się Małgorzacie Niemirskiej i Markowi Walczewskiemu , nie zdarza się często. Mimo że ich miłość rodziła się w atmosferze skandalu, oni wiedzieli, że większym grzechem byłoby nie być razem…

Spotkali się w trakcie realizacji spektaklu „Desperaci” dla telewizyjnego Teatru Kobra. Podczas kręcenia pierwszego odcinka zwrócili na siebie uwagę, w trakcie drugiego coś zaiskrzyło, a po trzecim… byli już parą!

Aktorka cieszyła się już wtedy ogromną popularnością, którą przyniosła jej rola radiotelegrafistki Lidki w serialu „Czterej pancerni i pies”. Żeby zwrócić na siebie jej uwagę, starszy o 10 lat Marek Walczewski rysował na odwrocie scenariusza zabawne historyjki.

A kiedy była przeziębiona, pożyczał jej swój gruby kożuch. Spędzali ze sobą coraz więcej czasu. On imponował jej poczuciem humoru i dojrzałością. Ona hipnotyzowała go swymi nieziemskimi, wielkimi oczami.

Był jednak pewien problem. Oboje byli zajęci…

Pani Małgorzata jeszcze na studiach wyszła za aktora i reżysera Andrzeja Makowieckiego (†72 l.). Marek Walczewski z kolei, będąc jeszcze w krakowskiej szkole aktorskiej, poznał aktorkę Annę Polony (80 l.). Pobrali się.

Na skandal nie trzeba było długo czekać

„Przyszedł taki moment, że nie mogliśmy się z Markiem dalej oszukiwać i z tym walczyć. Rozstać się? To przecież byłby gwałt na naturze! Są takie sytuacje w życiu, kiedy się działa jak laser, kiedy ma się siłę, która kruszy mury. Tak też było z nami. 35-letnie wspólne życie potwierdziło, że to była dobra decyzja” – zwierzała się kiedyś pani Małgorzata.

Pobrali się 19 grudnia 1974 roku. Do urzędu stanu cywilnego na Saskiej Kępie pojechali starym wartburgiem, w przerwie między próbą a spektaklem. Zaprosili tylko świadków.

„Miałam na sobie długi kożuch. Przycięłam go, wsiadając do samochodu, więc cały był w błocie. By nieco rozładować atmosferę, Marek zaproponował, żebyśmy puścili muzykę. Włączyliśmy radio, a tam akurat była audycja o chorobach wenerycznych” – wspominała rozbawiona aktorka.

A potem zaczęło się zwyczajne życie. Pan Marek był pogodnym cholerykiem. Miewał szalone pomysły. Za młodu był zapalonym sportowcem, więc uwielbiał wstawać skoro świt, by ćwiczyć.

Pani Małgorzata lubiła samotność. Zdystansowana do ludzi i świata, trudno nawiązywała przyjaźnie. Późno kładła się spać, późno wstawała.

„Żona jest zupełnie inna ode mnie. Ma swój świat, do którego nie zawsze mnie dopuszcza. Ale cieszę się, że nie broni mi dostępu do stołu, bo świetnie gotuje. Jak się pokłócimy, to trzy dni się nie odzywa, a ja nie mogę tego wytrzymać i od razu wyciągam rękę do zgody” – opowiadał pan Marek.

Tworzyli wspaniały duet, nie w tylko w domu, ale także na scenie stołecznego Teatru Dramatycznego, w którym oboje pracowali. Nigdy ze sobą nie rywalizowali, ani nie byli zazdrośni o swoje sukcesy.

„Zawsze byliśmy zgodni w zasadniczych sprawach. A drobiazgów nie należy wyolbrzymiać, bo można niechcący stracić coś o wiele cenniejszego. Konfrontacja prowadzi do przegranej” – tłumaczyła aktorka.

Do pełni szczęścia brakowało im tylko upragnionego dziecka. Niestety, artystce nie dane było zasmakować macierzyństwa.

Ważnym członkiem rodziny stał się za to ich wyżeł niemiecki Maksio. W teatralnej garderobie pana Marka miał kanapę, miskę i mnóstwo psich zabawek. Wszędzie z nimi jeździł, nawet samochody wybierali tak, aby psu było wygodnie.

W 1994 ich życie zostało wystawione na ciężką próbę

Pani Małgorzata zauważyła, że mąż coraz częściej zapomina o wielu rzeczach.

Aktor to bagatelizował. Na wizytę u lekarza zdecydował się dopiero w 2000 roku. Diagnoza lekarska nie pozostawiała żadnych wątpliwości: choroba Alzheimera.

Żeby utrzymać dom, pani Małgorzata grała w kilku serialach jednocześnie. Zatrudniła dwie pielęgniarki do opieki nad mężem. Gdy stan jego zdrowia był bardzo ciężki, skorzystała z pomocy specjalistycznego ośrodka.

Aktor spędził w nim ostatnie 5 lat życia. Choroba odebrała mu wszystko. Nikogo nie poznawał, przestał mówić, chodzić.

„Codziennie się z nim żegnałam. To było straszne patrzeć, jak najukochańsza osoba traci kontakt ze światem” – płakała aktorka.

Pewnego dnia na chwilę odzyskał świadomość i mowę. Patrząc na żonę, powiedział: Małgolku, jakaś ty piękna!

Były to jego ostatnie słowa. Zmarł 26 maja 2009 roku.

„Łączyła nas niespotykana więź. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła z kimś innym przeżyć aż 35 lat. My się kochaliśmy, ale też lubiliśmy, dlatego czuję się taka osamotniona” – mówi aktorka.

źródło: pomponik.pl