By dorobić, pracował jako ratownik wodny. Jego umiejętności okazały się na wagę ludzkiego życia i to aż sześciokrotnie.

Od dziecka był miłośnikiem sportu, dlatego wybrał studia w Akademii Wychowania Fizycznego. Zdobył też uprawnienia ratownika wodnego. Do dziś Marcin Daniec (61 l.) trzyma swoją legitymację w domu jako cenną pamiątkę.

Jego umiejętności okazały się na wagę ludzkiego życia i to aż sześciokrotnie. Pierwszy raz uratował tonącą osobę, gdy pracował na basenie w rodzinnym Wielopolu Skrzyńskim.

Chłopcy dla żartu wrzucili do wody dziewczynę, a ona nie umiała pływać. Marcin wszystko widział i szybko zareagował.

Potem ocalił dwóch braci kąpiących się w rzece. Arkadiusz i Włodzimierz po latach, po występie satyryka w Chicago, podeszli do niego i przypomnieli tę historię.

Kiedyś w Świnoujściu ruszył z pomocą mężczyźnie, którego syn walczył z żywiołem. Najbardziej wzruszające są jednak dwie osobiste historie.

– Byliśmy nad Wisłokiem. Kolega woła: „Twoja mama się topi!”. Biegiem, przez krzaki, skoczyłem do wody. Moja mamusia dobrze pływała, ale porwał ją nurt i wpadła w panikę – opowiadał Marcin.

Kilkanaście lat temu satyryk uratował także życie przyszłej żonie, Dominice. Wypoczywali nad Bałtykiem, codziennie kąpali się w morzu, ale pewnego dnia woda była tak lodowata, że ukochaną nagle chwyciły skurcze w obie łydki.

– Gdy ją doholowałem do brzegu, od innych urlopowiczów dostałem duże brawa, prawie jak na scenie – wspominał ze wzruszeniem Daniec.

źródło:pomponik.pl