Gdy Beata Tyszkiewicz (80 l.) trafiła do szpitala, dotarło do niej, że powinna zwolnić tempo. Dziś bardziej o siebie dba, otoczona troską najbliższych. To właśnie córki starają się, jak tylko potrafią najlepiej, ratować zdrowie ukochanej mamy.

Beata Tyszkiewicz

Przez lata wydawała się niezniszczalna. Zawsze piękna, uśmiechnięta, pogodna. Dlatego wielbicieli Beaty Tyszkiewicz zaskoczyła informacja o jej kłopotach ze zdrowiem. Ze względu na słabe serce, nie zasiada już w jury „Tańca z Gwiazdami”, ale jak twierdzi, wciąż stara się oglądać każdy odcinek i śledzić postępy uczestników.

Dwa lata temu przeszła rozległy zawał. Na szczęście szybko trafiła do specjalistycznej kliniki w podwarszawskim Aninie. Była operowana, a przy jej łóżku czuwały ukochane córki – starsza Karolina Wajda i mieszkająca na co dzień w Szwajcarii Wiktoria Padlewska-Bosc.

Choć starały się tego nie okazywać, drżały o jej życie. Po szpitalu czekała ją długa rekonwalescencja. Wiktoria namawiała mamę na przyjazd do Lozanny, gdzie dochodziłaby do zdrowia w jej pięknym domu, mając u boku ukochanych wnuków – Szymona (12 l.) i Marcysia (7 l.).

Ponieważ pani Beata jest kobietą bardzo niezależną, córka musiała użyć szantażu. Powiedziała mamie, że jeśli się nie zgodzi, w wakacje nie zobaczy chłopców Dopiero ten argument poskutkował. Kilka miesięcy później gwiazda znów trafiła do szpitala, ale na szczęście szybko wypisano ją do domu.

„Ze względu na wcześniejsze kłopoty z sercem dmuchamy na zimne” – tłumaczyła Karolina.

Jest częstym gościem w mieszkaniu mamy w centrum Warszawy. Pomaga jej, jak tylko może. A Wiktoria dzwoni do niej codziennie, nie wyobraża sobie jednego dnia bez ich rozmowy. Beata Tyszkiewicz ma świetny kontakt z dziećmi.

Beata Tyszkiewicz

Beata Tyszkiewicz z córkami: Wiktorią i Karoliną

Dbała, by miały poczucie bezpieczeństwa, mimo że rozstała się z ich ojcami. Dziewczynki były wtedy małe. Jej samej przez lata brakowało taty, który po Powstaniu trafił do obozu. Do Polski już nie wrócił, zamieszkał w Anglii. Założył tam kolejną rodzinę, zobaczyła go dopiero po wielu latach.

Właśnie po nim nosi tytuł hrabianki, pochodził z arystokratycznej rodziny. Jednak bardziej niż fakt, że urodziła się w pałacu w Wilanowie, ukształtowała ją powojenna bieda. Jej matka, Barbara, została sama z dwójką dzieci i to właśnie od niej Beata nauczyła się zaradności.

Ze względu na pracę zarobkową mamy mali Tyszkiewicze często się przeprowadzali. Kwaterowali w Bronowicach, w Krakowie, Bierutowicach pod Jelenią Górą i w Laskach pod Warszawą. Bywało, że gnieździli się w jednym pokoju. Beata troskliwie opiekowała się młodszym o cztery lata bratem Krzysztofem.

Pytał ją o wszystko, była dla niego wyrocznią. Mieli swój odrębny świat i może dlatego potrafili się szybko przystosować do każdych warunków. Gdy po latach wychowywała własne córki, też traktowała je z miłością, po partnersku, co nie znaczy, że nie stawiała żadnych granic.

„Do szkoły nie mogłyśmy chodzić poubierane jak papugi, tylko w dżinsach i granatowej bluzie”- mówi Karolina. – „Mama umiała wyegzekwować wszystko spokojnie, bez nerwów. Wystarczyło, że na nie spojrzałam, a one w tym wzroku widziały zarówno miłość, jak i odpowiedni przekaz”.

Beata Tyszkiewicz z córką Wiktorią

Nigdy ich nie uderzyła, nawet nie podniosła na nie głosu. Są jej wdzięczne za atmosferę panującą w ich domu i za wszystko, czego je nauczyła. Nawet kiedy podejmowały złą decyzję, przed którą je przestrzegała, nie usłyszały: „A nie mówiłam?”.

„Mama była i jest dla mnie największym autorytetem” – nie ukrywa Karolina.

Kiedyś napisała piękny list. Wyliczyła w nim, za co jej dziękuje. Wiktoria wciąż pamięta, jak mama budziła ją rano do szkoły, przemawiając czule.

„Wszystkie chwile z nią spędzone były cudowne” – zapewnia i stara się stworzyć podobną więź ze swoimi synami.

Aktorka często zabierała córki ze sobą na plan filmowy. Do dziś są z nią mocno związane, nie wstydzą się mówić: „Kocham cię”. A ona, gdy przechodzi z którąś z nich przez ulicę, czasami instynktownie łapie ją za rękę, jakby wciąż była małą dziewczynką.

Wspaniale spełnia się też w roli babci – uwielbia Szymka i Marcysia. Kiedy przyjeżdżają do Polski, nie ma jej dla nikogo. Chętnie ich rozpieszcza. Robi im zdjęcia, tak jak dziewczynkom, gdy były małe, żeby zatrzymać ulotne chwile. Artystka nie lubi się nad sobą rozczulać. Pytania o swoje zdrowie często zbywa, bo uważa, że mówienie o tym to brak klasy, te kwestie woli zachować dla siebie.

„Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, ile już za mną, a ile przede mną. W życiu na wszystko jest czas, ale najważniejsze, aby tego czasu nie marnować” – uważa Beata Tyszkiewicz.

Beata Tyszkiewicz

źródło: pomponik.pl