Byłam lojalna, jak mówili mi, że mam robić każdego roku mammografię, to ja ją robiłam. Każdego roku – mówi „Rewii” Irena Santor (84 l.), wspominając wydarzenia sprzed 19 lat, gdy mammografia uratowała jej życie.

Był Wielki Czwartek, większość Polaków szykowała się do Świąt Zmartwychwstania, ale nie ona. Odebrała właśnie wyniki badań i usłyszała straszną diagnozę. Wykryto u niej nowotwór piersi. Taka wiadomość wielu zwaliłaby z nóg. Jednak ona postanowiła działać.

Jeszcze tego samego dnia pobiegła do Centrum Onkologii na Ursynowie. – Wpadłam do ponurego, gmachu i narobiłam rabanu. Mówiłam lekarzom, że mam zły wynik i żeby mnie natychmiast zoperowali. Miałam tylko jedną myśl: jak się z tego wygrzebać? Co mam połknąć, co obciąć, żeby przeżyć? – wspomina.

Biopsja wykazała, że to niezłośliwy guzek. Pani Irenie zrobiono operację oszczędzającą, czyli pozostawiono obie piersi. Ale potem okazało się, że rak był złośliwy. Największe wsparcie otrzymała wtedy od Zbigniewa Korpolewskiego, swojego życiowego partnera.

– Nie wpadł w popłoch, choć i u mnie, muszę tu dobrze powiedzieć o sobie, nie było histerii – wspomina piosenkarka. Pani Irena przeszła naświetlania i drugą operację, podczas której usunięto jej węzły chłonne. Ale aż strach pomyśleć, co mogłoby być, gdyby się regularnie nie badała…

Trzeba przyznać, że wielka dama polskiej piosenki wiele przeszła w swoim życiu. Kiedy miała pięć lat, podczas wojny zamordowano jej ojca. Irena, jak wiele dzieci, które przeżyły wojnę, była niedożywiona, chorowała, stwierdzono u niej początki gruźlicy. Ale jak wspominała po latach, szczęśliwie na swojej drodze spotykała dobrych i mądrych ludzi.

Nauczycielka Ewa, sama biedna, dzieliła się małymi porcjami jedzenia ze swoją uczennicą. Kiedy Irena Santor miała 16 lat, kiedy zaczynała karierę w zespole Mazowsze, odeszła jej mama, Irena została sama.

Irena Santor /MWMedia

W 1961 roku artystka była o krok od śmierci. Wraz z Jerzym Abratowskim i jego żoną, piosenkarką Ludmiłą Jakubczak, wracali z Łodzi do Warszawy z nagrania programu „Muzyka lekka, łatwa i przyjemna”.

Samochód, który prowadził kompozytor i pianista, wpadł w poślizg i uderzył w drzewo, Ludmiła Jakubczak nie przeżyła wypadku, Abratowski i Santor byli ranni.

Niezwykle trudne były dla piosenkarki również ostatnie miesiące. Jej ukochany Zbigniew Korpolewski (†84 l.) przeszedł poważną operację serca. To dlatego oboje zdecydowali się przenieść do Domu Artystów Weteranów w podwarszawskim Skolimowie. Tam prawnik, aktor, były dyrektor Teatru Syrena, miał zapewnioną właściwą opiekę medyczną i rehabilitację. Ale stres i zmęczenie odbiły się na zdrowiu artystki. Wielka dama polskiej piosenki trafiła do szpitala, mówiono, że doznała udaru, że straciła głos. Była zmuszona przełożyć kilka koncertów…

Niestety, w listopadzie zeszłego roku spadł na nią największy cios.

Jej Zbyszek odszedł… Choroba i śmierć tak drogiej sercu osoby zmieniła i jej życie. – Nauczyłam się dyscypliny. Wiem, że nie mogę tyle, co inni. Kiedy dostaję informację od organizmu, że jestem słaba, to muszę się położyć. Nic na siłę, nic szybko, bo ja byłam bardzo szybka. Ktoś nie zdążył powiedzieć, a ja już robiłam – opowiadała.

Od 19 lat propaguje profilaktykę zdrowia wśród kobiet.

– To jest bardzo ważne, aby się badać! Trzeba o to dbać – mówi pani Irena. Ona sama od lat pilnuje tego solidnie. Choroba zmienia, bo inaczej ocenia się świat. Wokalistka mówi, że po chorobie zaczęła cenić życie potrójnie.

– Życie to mgnienie oka, wykorzystaj je, rozwijaj się! – to się wie po chorobie, choroba bardzo ustawia do pionu… Uświadomiłam sobie, że myślenie, powoli, zrobię to później, było miłe, ale ja nie wiem, ile czasu mam do wykorzystania, dlatego będę rozglądała się po świecie do śmierci i jeden dzień dłużej – mówiła Irena Santor w jednym z wywiadów.

Dodała jeszcze, że myśli o śmierci, chociaż jej nie akceptuje. – Uczę się, by godnie ją przyjąć, gdy stanie przede mną. A zapytana, co najbardziej podoba jej się na świecie, opowiada pięknie: – Istnienie. Życie! Fakt, że miałam to szczęście, że powstałam, jestem i uczestniczę w czymś niewyobrażalnym… Wiem, że jestem wybrańcem, żyję, mogę pójść na spacer albo pojechać do Krakowa. Nie nadaję się do wygłaszania złotych myśli, ale zastanawiam się, dlaczego czasem ludzie tak mało cenią życie. Nie myślą o tym, że mogą być, kochać, doznawać, zobaczyć, powąchać – mówi. – Świat jest wspaniały. Proszę spojrzeć na przyrodę. Jest zima, ale potem nastaje wiosna. Jest odradzanie. I jest nadzieja!

Irena Santor /Bartosz Krupa /East News

źródło: pomponik.pl